Zamia wrote:W pewnym mieście powstała fundacja na rzecz dokarmiania śpiących. Rozrzucili ulotki...a założycielka umarła z głodu na środku placu. Dla mojej postaci był to szok.

Słomiany zapał, Zamio. Standard. Widziałem już wiele Wspaniałych Pomysłów roztrąbionych wszem i wobec, czasem włącznie z poszukiwaniem ludzi do współ-realizacji. Armie, Fundacje i Organizacje. W tym samym mieście, o którym piszesz, pewien człowiek podjął się zostać premierem, a kiedy po kilku dniach narad i reorganizacji wreszcie przekazano mu wszelkie dokumenty, uprawnienia, klucze i niezbędną wiedzę, skrzyżykował się bez ostrzeżenia.
Tak, wiem, real ważniejszy, a Cantr to tylko gra, co nie może nam przesłonić świata. Tylko po co wtedy pchać się na odpowiedzialne stanowiska, powoływać fundacje, obejmować urzędy, rozkręcać przedsięwzięcia wymagające kilkunastu lat pracy? Jedzenie najczęściej jest za darmo, więc jak ktoś nie ma wytrwałości ani talentu do przedsięwzięć, to niech je ryż czy marchewkę z beczki i grzecznie "odgrywa" tego "ukochanego głupka osady".
Do tematu:
Jest taka osada, w której do dziś dnia wszyscy wspominają wspaniały okres, kiedy szefem tej osady był niejaki ******. Kiedy popadł w długotrwałą śpiączkę, nadal go chwalono i czekano na przebudzenie, a jak umarł, to mu wystawiono wspaniały grobowiec.
A "skądinąd" (czyli z forum) wiadomo, że gracz nie chciał dalej grać tą postacią, bo go przerosła sytuacja w którą się wpakował.
Jest też taki gracz, który kiedyś nieszczęśliwie ujawnił tutaj swoje postacie. I później wiedzieliśmy, że niektórymi postaciami gra całkiem normalnie, wręcz intensywnie, a innymi celowo śpi, najwyraźniej nie mając czasu albo koncepcji, co zrobić dalej. Tymczasem pozycja, do jakiej doszły jego śpiące postacie, powodowała (i to nie raz!) miejscowy paraliż tam, gdzie przerywał grę. Oczywiście, dokarmiano żywe zwłoki.
Nie znam tego gracza osobiście, ale zastanawiam się, czy tak trudno rozstać się z "władzą", choćby fikcyjną, i po prostu rozdać klucze oraz wyznaczyć następcę?
Bo zdarzają się, sam widziałem, takie postacie, i to zazwyczaj całkiem skromne, które po prostu pewnego dnia kładą na placu testament, prosząc o jego wypełnienie. Oddają klucze przyjaciołom i pogrążają się w kilkudniowej "chorobie", nim ostatecznie wcisną krzyżyk.
Proste, skromne, uczciwe. Dla wielu zbyt trudne, jak widać.