Zaczynałem grać w grudniu 2005. To było coś koło dnia 1370...
Nacisnąłem krzyżyk po 1,5 roku, późną wiosną 2007. Około pięćset dni trwała moja przygoda z zielonym światem. Wiele miesięcy minęło od tego czasu. A Cantr ciągle wraca do mnie we wspomnieniach.
Większość postaci, jakie moje znały już nie żyją. Niedawno odeszło kilka następnych. Dawni przyjaciele gryzą już ziemię.
Ukochane moich wojowników już dawno nie żyją. Zostały we wspomnieniach.
Statek-dom jednej z postaci krąży gdzieś pewnie po morzach... Rakery były wtedy rzadkością. Rozpierała ją duma, gdy płynęła w pierwszy rejs swoim okrętem. Niestety, także ostatni rejs.
Brak jakichkolwiek wieści z ukochanego miasta i wcześniejsze informacje , że coś się w nim dobrego skończyło - karze mi przypuszczać najgorsze. Wyobrażenie smukłych białych wież Biblioteki i Latarni Morskiej, zaduch Domu Zjednoczenia, wieczorne ognisko przy najlepszym z możliwych trunków. Ciekawe, czy wiele jest postaci, które jeszcze pamiętają tę szczególną atmosferę towarzyszącą późnonocnej biesiadzie... Widok żagli na horyzoncie obserwowanych ze skalistego klifu Wapiennego Brzegu... Radość po powrocie towarzyszy. Poczucie dumy z osiągnięć własnego ludu. Wysokie maszty okrętów stojących na redzie i w porcie. Spotkanie z ukochaną po latach rozłąki. Szczyt wzgórza górującego nad miastem zasnuty magiczną mgłą. I wiele innych obrazów...
Czym jest dla mnie Cantr? Wspomnieniem.
Czasem bardzo chcę wrócić... jak teraz. Niestety, nie mogę tego uczynić...
Jednak Cantr dał mi także coś więcej. Splótł mój los z osobą, która stała się dla mnie tą najdroższą.
Pozdrawiam Cantrowiczów serdecznie. Grajcie z radością!
Głos zza grobu oddał Agent 0007
